środa, 29 lipca 2015

#6

Ach, te nagromadzone uczucia, niby wszystko jest pod kontrolą, ale jak przychodzi co do czego...

Sobota była zacna, nie żałuję ani chwili. Wczorajsze kręgle również były przeepickie, pomimo tego, że z naszej dwójki zakwasy mam tylko ja. M., na chwilę obecną, odczuwa jedynie lekkie ciągnięcie w przedramieniu. Farciarz.

Znacie ten moment, kiedy wypada Wasza kolej na płacenie rachunków/stawianie kawy/etc? Właśnie.
A moment, kiedy osoba, z którą się wybieracie, uparcie stara się zapłacić za Was obojga, bądź próbuje rozłożyć rachunek na pół na różne sposoby?
Wczoraj, taki właśnie podział miał miejsce. Ale nie miałam pojęcia, że można być tak bardzo kreatywnym w tym temacie. No, bo kto normalny, wrzuca "swoją połówkę" do skrzynki na listy, do którego klucz ma tylko babcia, która kładzie się spać koło 19?

Tak, wróciliśmy grubo po tej godzinie. Chwilę przed dziesiątą, nieco zmoczeni przez deszcz, naprocentowani w niewielkim stopniu, ale po naprawdę zacnych dwóch i pół godzinie rozmów.

/nie wiem jak będzie, kiedy kontakt się urwie. a szkoda/

Czeka mnie jutro potencjalnie wolny dzień. Dlaczego potencjalnie? A bo trzeba haszczakiem się zaopiekować, bo nie może zostać sam, Gdynia bankowo przewinie się przez jutrzejszy repertuar, a co za tym idzie, generalny przegląd apteczki. Zminie zanim obejrzę się za siebie, bądź przeczytam kolejną stronę książki od A.


Tęsknię. Za ludźmi, mimo, że jestem wśród nich. Za muzyką, która porwie mnie tak, że zapomnę o wszystkim. Za wolnością.

Ale najbardziej tęsknię za rozmowami do północy, takimi, które wywołują nieśmiały uśmiech..


środa, 22 lipca 2015

#5

Świadomość, że sobotnie plany stały pod mega wielkim znakiem zapytania...

Czemu? A temu, że z racji tego, że jedzie z nami S. i mieli po nas przyjechać rodzice. I bardziej niż sceptycznie podeszli do informacji, że ostatni koncert kończy się o godzinie 23.


Na szczęście ku chwale S. i M. udało się ich namówić, by odebrali nas po wszystkich koncertach. Pod jednym warunkiem - mamy odbierać telefony.

Kocham dzisiejszy dzień, za to, że zgoda zapadła, ale również za fakt, że L. i T. wróciły dzisiaj do domu. Święty spokój bardzo mocno.


wtorek, 21 lipca 2015

#4

Dwa dni wolnego z rzędu się zapowiadają. Cud? Jak najbardziej.

Plany, plany, plany...Niby wolne, ale dni od rana do wieczora zaplanowane. Sobota nawet względnie spontanicznie. A to wszystko za sprawą M., który rzucił propozycją prawie-nie-do-odrzucenia.

Także w piątek maraton piesy-kręgielnia, a w sobotę koncert. I to w jakim towarzystwie! S. powiedziała, że nie odpuści line-upu, zobaczę Grzyby, bo występują jako pierwszy support. Żyć, i nie żałować niczego.


Skoro już nie mam czego żałować, pora na małe zmiany. Dobre, bo zielone. I nie mówię tutaj o zmianie nawyków żywieniowych na bezmięsne. Otóż, strzeliłam sobie zielone pasmo włosów. Które, niestety przez moją niechęć do rozjaśniania, są ciemnozielone i ciężko je wychwycić w stosunku do naturalnych..

Pada. Pewnie widzą to wszyscy i komentują fakt, że również mają okna..Ale czymże jest lato bez deszczu? Tyle możliwości na deszczowe wieczory...

...w tym początki przygotowań do soboty. Będzie głośno.













poniedziałek, 13 lipca 2015

#3

Dzień wolny od pracy jest jak woda na pustyni. Bardziej niż potrzebny.

Wróciłam dzisiaj do książek, od których miałam parę lat przerwy, zakupiłam też "Czerwoną Królową"...Historia dynastii Tudorów bardzo.

Trasa...Dzisiaj nabrzeże, a w drodze powrotnej korek, bo zderzenie osobówki z tirem..Ciała nie zabrano do tej pory, pierwszy raz widziałam coś takiego. Ale dość o tragediach.

Znalazłam dzisiaj w miejscowej księgarni (w której to panie ekspedientki zawsze są uśmiechnięte i potrafią doradzić) dwa znakomite zbiory tomów ze Star Wars..chyba czas naciągnąć tatę na zakupy. Nie ma litości.

A na koniec, parę pociesznych twarzy.


poniedziałek, 6 lipca 2015

#2

Dzień wolny od pracy, niby nic takiego, a jak cieszy.

Chyba, że dowiadujesz się, że zamiast odłożyć więcej pieniędzy z pensji na prawo jazdy, musisz kupić nowy czytnik e-booków, bo staremu zachciało się mieć pajęczynę na ekranie (firmo GoClever, zainwestuj w twardsze szkło na ekranach!).

Dzień z dala od pracy, a zatem masa rzeczy do zrobienia. Wyjazdy, zakupy, wizyty u lekarzy, składanie papierów, robienie porządków i załatwianie spraw niedokończonych. W biegu przeczytanych kilka stron/rozdziałów książki. No i oczywiście, to wszystko w towarzystwie muzyki w słuchawkach.

Właśnie, skoro jestem już przy temacie muzyki...

Szukam ostatnio wykonawców, którzy odświerzą moją codzienną playlistę. Pomijając Misfits i Judas Priest, nie znalazłam na razie niczego, co by mnie satysfakcjonowało (pomijam klasyki takie jak Iron Maiden, Metallica czy AC/DC, które są klasą samą w sobie i bez nich moja playlista byłaby bez sensu). Pytanie zatem do Was, co polecacie? Zwłaszcza na tak ciepłe dni?

sobota, 4 lipca 2015

#1

Tak, kolejny blog...Tyle, że nie jest on wyzwaniem na miarę "Make the RIOT", nie jest również opowiadaniem, zbiorem tłumaczeń czy recenzji..

Tym razem, jest to coś, o czym myślałam, by zrobić od jakiegoś czasu.


Pomijając fakt, że ZNOWU zaczynam pisać (pewnie niektóre osoby będą się burzyć, iż znów publikuję historie z życia...), cieszę się, że są już wakacje. Nawet jeśli oznacza to pełen etat w pracy.

To pierwszy post, dlatego chciałabym, by był szczególny. I taki będzie.



Równo rok temu, 4 lipca 2014 roku, miał miejsce jeden z tych dni, których się nie zapomina do końca życia. Pierwszy festiwal muzyczny, na dodatek spędzony w naprawdę zacnym gronie ludzi. Rok temu po raz pierwszy na żywo zobaczyłam Helen (moja mała, czy widzisz, jak ten rok szybko zleciał?), po raz pierwszy byłam na tak wielu koncertach jednego dnia, widziałam jednego z ulubionych wykonawców (Jacku White, masz wrócić z trasą po Polsce, obiecałeś!), wróciłam o nierozsądnej godzinie do domu, z wiedzą, że nie będę spać, bo dwie godziny po powrocie trzeba było ruszyć się do pracy...
Rok - niby nic, 365 dni, ale wspomnienia z tamtego dnia są bardzo żywe. Uzupełniają je pamiątki, które dumnie prezentują się na honorowym miejscu w biblioteczce. O tamtym dniu przypomina również żar lejący się z nieba - chociaż wtedy było nieco chłodniej niż dzisiaj...


W tym roku omija mnie Opener Festival. Dlaczego? Cóż, mimo dość eklektycznego line-upu, nie porywa mnie na tyle, by się wybrać. Może za rok, kiedy przyjadą zespoły/wykonawcy, do których ciągnie moja muzyczna dusza. Tymczasem, pora relaksu przed pracą się zbliża, czas, by wyzbyć się negatywnych emocji.




"Well, if you give up, you get what you deserve"