Dzieje się!
Pierwszy tydzień nowego roku akademickiego, a ja powoli zaczynam mieć dość. I to nie jest wina Pań z Dziekanatu.
Minął tydzień od prób, prawie tydzień od adopcji i występu chłopców. Tydzień pełen gonitwy, braku czasu na cokolwiek, stresu.
Następny tydzień będzie gorszy.
piątek, 9 października 2015
czwartek, 8 października 2015
#10 Phedora!
Kolejny blog, a co za tym idzie, kolejna recenzja, w kolejnym wpisie.
Oj, dłuuugo męczyłam materiał, żeby móc cokolwiek o nim napisać. O czym dokładnie mowa?
A o longplay'u od lublińskiego zespołu Phedora, który prężnie działa od paru ładnych lat. Historii i składu zespołu przytaczać nie będę, możecie sami o tym przeczytać na ich profilu w serwisie Last.fm.
Historii, jak odkryłam tak zarąbisty zespół też tutaj nie poznacie, przynajmniej nie w tym poście.
Dość o zespole, pora na ich pierwszy długogrający krążek.
Płyta nosi nazwę "The House of Ink" i według mnie, jest bardzo osobliwym krążkiem. Zarówno pod kontem tekstów (listy), jak i muzyki, która porusza najróżniejsze zakamarki umysłu. Ale zacznijmy od początku.
1. Of Ink
Pierwszy kawałek z płyty, można wyczuć w nim nieco niepokoju. To tak, jakby słuchało się apelu desperata, który zamknięty jest w czterech ścianach. Bardzo dobry wstępniak.
2. One Breath Away
Jeden z moich faworytów, pierwszy singiel. Bardzo ciekawy tekst, obrazujący cierpienie "podmiotu". Sekcja smyczkowa genialnie dopasowana, nadaje utworowi specyficznego charakteru, gdy harmonizuje się w takt gitar.
3. Meet Me It The Limbo
Mocne gitarowe wejście, aż ma ochotę się headbangingować.
4. Something To Lose
Jedna ze spokojniejszych moim zdaniem piosenek (co ze mną nie tak?), idealnie nadaje się do podróżowania.
5. Embers
Ten numer miałam okazję przesłuchać na chwilę przed premierą płyty. Kolejny ulubieniec, nieco przypomina twórczość Linkin Park. Rap w zwrotkach, no i zaangażowanie fanów w śpiewaniu w chórku, bardzo pozotywnie, że zespół zdecydował się na taki krok.
6. Chasing Snowflakes
Utwór zdecydowanie nadający się, jako tło do D&D. Albo innego typu gry ze smokami i średniowiecznymi postaciami. I znów, jeden z faworytów do słuchania w podróży.
7. Paper Streets
Drugi singiel, z tajemniczym, wręcz niepokojącym wstępem. Nieco agresywniejszy niż pozostałe utwory. Aż chce się usłyszeć na żywo. Albo lepiej, w wersji akustycznej.
8. Wish You'd Lie
Cóż, pierwszy utwór, który niekoniecznie do mnie trafia pod względem tekstu. Za to zgranie gitar, perkuja -> magia.
9. Nevergreen
Chyba zdecydowanie najspokojniej zapowiadający się kawałek. Perfekcyjny soundtrack do dobrej książki. Znów sekcja smyczkowa, dodająca nieco spokojniejszego charakteru.
10. All Is Mine
Genialny, mocny wstęp, myślę, że całkiem fajnie byłoby zobaczyć do tego teledysk.
11. Succubus
Najdłuższy kawałek na całej płycie. Pozytywka w intro brzmi jak zapowiedź do naprawdę zacnego horroru. Sam utwór fajnie nadawałby się na soundtrach do dobrego thrillera.
12. Kingdom Gone
O, ten numer też świetnie by było zobaczyć na żywo. Perkusja wymiata. Zajawka tekstu pojawia się w "Of Ink", więc wiemy, czego mniej więcej się spodziewać. Ponownie zaangażowany chórek fanów.
13. It Was Just A Dream
Zasadniczo, to zastanawiam się, dlaczego tak wielu artystów sięga po tego typu tytuł. Tutaj jednak jest do tego wytłumaczenie - przebudzenie z wyobrażeń o miłości do szarych realiów. Na spokojnie, ballada pełną parą.
Cały album jest bardziej niż godny polecenia, zajawek możecie posłuchać na YouTube'owym Kanale Phedory, gdzie zespół opowiada również o poszczególnych kawałkach (koniecznie zasubskrybujcie, nie będziecie żałować!). Utwory bardzo fajnie współgrają ze sobą, każdy może odnaleźć część siebie w tekstach. Tutaj polecam zajrzeć, by wiedzieć o najnowszych wywiadach, eventach i notowaniach zespołu.
Budujcie razem z nimi mury Atramentowego Domu, bo naprawdę warto.
P.S. Album można zamówić o tu, zarówno w wersji cyfrowej, jak i fizycznej, kiedy ta będzie już dostępna.
Oj, dłuuugo męczyłam materiał, żeby móc cokolwiek o nim napisać. O czym dokładnie mowa?
A o longplay'u od lublińskiego zespołu Phedora, który prężnie działa od paru ładnych lat. Historii i składu zespołu przytaczać nie będę, możecie sami o tym przeczytać na ich profilu w serwisie Last.fm.
Historii, jak odkryłam tak zarąbisty zespół też tutaj nie poznacie, przynajmniej nie w tym poście.
Dość o zespole, pora na ich pierwszy długogrający krążek.
Płyta nosi nazwę "The House of Ink" i według mnie, jest bardzo osobliwym krążkiem. Zarówno pod kontem tekstów (listy), jak i muzyki, która porusza najróżniejsze zakamarki umysłu. Ale zacznijmy od początku.
1. Of Ink
Pierwszy kawałek z płyty, można wyczuć w nim nieco niepokoju. To tak, jakby słuchało się apelu desperata, który zamknięty jest w czterech ścianach. Bardzo dobry wstępniak.
2. One Breath Away
Jeden z moich faworytów, pierwszy singiel. Bardzo ciekawy tekst, obrazujący cierpienie "podmiotu". Sekcja smyczkowa genialnie dopasowana, nadaje utworowi specyficznego charakteru, gdy harmonizuje się w takt gitar.
3. Meet Me It The Limbo
Mocne gitarowe wejście, aż ma ochotę się headbangingować.
4. Something To Lose
Jedna ze spokojniejszych moim zdaniem piosenek (co ze mną nie tak?), idealnie nadaje się do podróżowania.
5. Embers
Ten numer miałam okazję przesłuchać na chwilę przed premierą płyty. Kolejny ulubieniec, nieco przypomina twórczość Linkin Park. Rap w zwrotkach, no i zaangażowanie fanów w śpiewaniu w chórku, bardzo pozotywnie, że zespół zdecydował się na taki krok.
6. Chasing Snowflakes
Utwór zdecydowanie nadający się, jako tło do D&D. Albo innego typu gry ze smokami i średniowiecznymi postaciami. I znów, jeden z faworytów do słuchania w podróży.
7. Paper Streets
Drugi singiel, z tajemniczym, wręcz niepokojącym wstępem. Nieco agresywniejszy niż pozostałe utwory. Aż chce się usłyszeć na żywo. Albo lepiej, w wersji akustycznej.
8. Wish You'd Lie
Cóż, pierwszy utwór, który niekoniecznie do mnie trafia pod względem tekstu. Za to zgranie gitar, perkuja -> magia.
9. Nevergreen
Chyba zdecydowanie najspokojniej zapowiadający się kawałek. Perfekcyjny soundtrack do dobrej książki. Znów sekcja smyczkowa, dodająca nieco spokojniejszego charakteru.
10. All Is Mine
Genialny, mocny wstęp, myślę, że całkiem fajnie byłoby zobaczyć do tego teledysk.
11. Succubus
Najdłuższy kawałek na całej płycie. Pozytywka w intro brzmi jak zapowiedź do naprawdę zacnego horroru. Sam utwór fajnie nadawałby się na soundtrach do dobrego thrillera.
12. Kingdom Gone
O, ten numer też świetnie by było zobaczyć na żywo. Perkusja wymiata. Zajawka tekstu pojawia się w "Of Ink", więc wiemy, czego mniej więcej się spodziewać. Ponownie zaangażowany chórek fanów.
13. It Was Just A Dream
Zasadniczo, to zastanawiam się, dlaczego tak wielu artystów sięga po tego typu tytuł. Tutaj jednak jest do tego wytłumaczenie - przebudzenie z wyobrażeń o miłości do szarych realiów. Na spokojnie, ballada pełną parą.
Cały album jest bardziej niż godny polecenia, zajawek możecie posłuchać na YouTube'owym Kanale Phedory, gdzie zespół opowiada również o poszczególnych kawałkach (koniecznie zasubskrybujcie, nie będziecie żałować!). Utwory bardzo fajnie współgrają ze sobą, każdy może odnaleźć część siebie w tekstach. Tutaj polecam zajrzeć, by wiedzieć o najnowszych wywiadach, eventach i notowaniach zespołu.
Budujcie razem z nimi mury Atramentowego Domu, bo naprawdę warto.
P.S. Album można zamówić o tu, zarówno w wersji cyfrowej, jak i fizycznej, kiedy ta będzie już dostępna.
niedziela, 20 września 2015
#9
Porządek oznacza cierpienie..
Nie wiem, w którym filmie padła ta kwestia, ale wydaje się być ciekawa. Bo czym jest porządek?
Nie mogę spać. Czeka mnie kolejna bezsenna noc. Bardziej niż wczoraj przydałaby mi się wycieczka z M. Dzięki temu spałam jak małe dziecko. Dzisiaj już nie śpię.
Oddałabym sny za możliwość przespania więcej niż dwóch godzin. Wycięczenie, w najgorszej możliwej formie.
Nie wiem, w którym filmie padła ta kwestia, ale wydaje się być ciekawa. Bo czym jest porządek?
Nie mogę spać. Czeka mnie kolejna bezsenna noc. Bardziej niż wczoraj przydałaby mi się wycieczka z M. Dzięki temu spałam jak małe dziecko. Dzisiaj już nie śpię.
Oddałabym sny za możliwość przespania więcej niż dwóch godzin. Wycięczenie, w najgorszej możliwej formie.
piątek, 28 sierpnia 2015
#8
Zmiany, zmiany...
Wszystko się zmienia. I to w tempie, którego nie jestem w stanie pojąć.
Miesiąc...Niby aż 30 dni, lecz zlecą one szybciej, niż oczekuję. A wraz z nimi wyzwania.
Egzaminy, wykłady, planowanie...Dysponowanie czasem, który niestety nie rozciąga się na tyle, by dorzucić coś jeszcze.
Nie wiem, jak czuć, kim być, jak być.
Tyle wątpliwości, niewiadomych...
wtorek, 11 sierpnia 2015
#7
Za ciepło, by egzystować...
Mimo tego, miniona sobota była przecudna.
Jeśli ktoś kiedykolwiek wspomniał, że Luxtorpeda nie jest warta zobaczenia ich na żywo, to grubo się myli. Najpiękniejszy zespół polski, jaki dane mi było oglądać. No i oczywiście, niezawodne Toxic Mushrooms, dzięki którym ciary koncertowe miały miejsce, no i wzruszenie na "Pomimo wszystko"...
Chcę powtórkę. No, może prócz części z mega bolącym karkiem (skutki headbangingu i lądawania na barierkach, gdy za twoimi plecami ludzie szaleją w pogo..).
Tęsknię. Ale to dobry rodzaj tęsknoty. Coś w stylu, fajnie by było znów się zobaczyć, ale nie wiem, czy to będzie możliwe. Nevermind.
Wrzesień coraz bliżej, a wraz z nim nowe wyzwania..Kurs prawa jazdy, kolejny rok do przodu, może parę niespodziewanych zwrotów życiowych...Tak wiele nieznanego.
A najważniejsze, to to, bym pozostała sobą.
Mimo tego, miniona sobota była przecudna.
Jeśli ktoś kiedykolwiek wspomniał, że Luxtorpeda nie jest warta zobaczenia ich na żywo, to grubo się myli. Najpiękniejszy zespół polski, jaki dane mi było oglądać. No i oczywiście, niezawodne Toxic Mushrooms, dzięki którym ciary koncertowe miały miejsce, no i wzruszenie na "Pomimo wszystko"...
Chcę powtórkę. No, może prócz części z mega bolącym karkiem (skutki headbangingu i lądawania na barierkach, gdy za twoimi plecami ludzie szaleją w pogo..).
Tęsknię. Ale to dobry rodzaj tęsknoty. Coś w stylu, fajnie by było znów się zobaczyć, ale nie wiem, czy to będzie możliwe. Nevermind.
Wrzesień coraz bliżej, a wraz z nim nowe wyzwania..Kurs prawa jazdy, kolejny rok do przodu, może parę niespodziewanych zwrotów życiowych...Tak wiele nieznanego.
A najważniejsze, to to, bym pozostała sobą.
środa, 29 lipca 2015
#6
Ach, te nagromadzone uczucia, niby wszystko jest pod kontrolą, ale jak przychodzi co do czego...
Sobota była zacna, nie żałuję ani chwili. Wczorajsze kręgle również były przeepickie, pomimo tego, że z naszej dwójki zakwasy mam tylko ja. M., na chwilę obecną, odczuwa jedynie lekkie ciągnięcie w przedramieniu. Farciarz.
Znacie ten moment, kiedy wypada Wasza kolej na płacenie rachunków/stawianie kawy/etc? Właśnie.
A moment, kiedy osoba, z którą się wybieracie, uparcie stara się zapłacić za Was obojga, bądź próbuje rozłożyć rachunek na pół na różne sposoby?
Wczoraj, taki właśnie podział miał miejsce. Ale nie miałam pojęcia, że można być tak bardzo kreatywnym w tym temacie. No, bo kto normalny, wrzuca "swoją połówkę" do skrzynki na listy, do którego klucz ma tylko babcia, która kładzie się spać koło 19?
Tak, wróciliśmy grubo po tej godzinie. Chwilę przed dziesiątą, nieco zmoczeni przez deszcz, naprocentowani w niewielkim stopniu, ale po naprawdę zacnych dwóch i pół godzinie rozmów.
/nie wiem jak będzie, kiedy kontakt się urwie. a szkoda/
Czeka mnie jutro potencjalnie wolny dzień. Dlaczego potencjalnie? A bo trzeba haszczakiem się zaopiekować, bo nie może zostać sam, Gdynia bankowo przewinie się przez jutrzejszy repertuar, a co za tym idzie, generalny przegląd apteczki. Zminie zanim obejrzę się za siebie, bądź przeczytam kolejną stronę książki od A.
Tęsknię. Za ludźmi, mimo, że jestem wśród nich. Za muzyką, która porwie mnie tak, że zapomnę o wszystkim. Za wolnością.
Ale najbardziej tęsknię za rozmowami do północy, takimi, które wywołują nieśmiały uśmiech..
Sobota była zacna, nie żałuję ani chwili. Wczorajsze kręgle również były przeepickie, pomimo tego, że z naszej dwójki zakwasy mam tylko ja. M., na chwilę obecną, odczuwa jedynie lekkie ciągnięcie w przedramieniu. Farciarz.
Znacie ten moment, kiedy wypada Wasza kolej na płacenie rachunków/stawianie kawy/etc? Właśnie.
A moment, kiedy osoba, z którą się wybieracie, uparcie stara się zapłacić za Was obojga, bądź próbuje rozłożyć rachunek na pół na różne sposoby?
Wczoraj, taki właśnie podział miał miejsce. Ale nie miałam pojęcia, że można być tak bardzo kreatywnym w tym temacie. No, bo kto normalny, wrzuca "swoją połówkę" do skrzynki na listy, do którego klucz ma tylko babcia, która kładzie się spać koło 19?
Tak, wróciliśmy grubo po tej godzinie. Chwilę przed dziesiątą, nieco zmoczeni przez deszcz, naprocentowani w niewielkim stopniu, ale po naprawdę zacnych dwóch i pół godzinie rozmów.
/nie wiem jak będzie, kiedy kontakt się urwie. a szkoda/
Czeka mnie jutro potencjalnie wolny dzień. Dlaczego potencjalnie? A bo trzeba haszczakiem się zaopiekować, bo nie może zostać sam, Gdynia bankowo przewinie się przez jutrzejszy repertuar, a co za tym idzie, generalny przegląd apteczki. Zminie zanim obejrzę się za siebie, bądź przeczytam kolejną stronę książki od A.
Tęsknię. Za ludźmi, mimo, że jestem wśród nich. Za muzyką, która porwie mnie tak, że zapomnę o wszystkim. Za wolnością.
Ale najbardziej tęsknię za rozmowami do północy, takimi, które wywołują nieśmiały uśmiech..
środa, 22 lipca 2015
#5
Świadomość, że sobotnie plany stały pod mega wielkim znakiem zapytania...
Czemu? A temu, że z racji tego, że jedzie z nami S. i mieli po nas przyjechać rodzice. I bardziej niż sceptycznie podeszli do informacji, że ostatni koncert kończy się o godzinie 23.
Na szczęście ku chwale S. i M. udało się ich namówić, by odebrali nas po wszystkich koncertach. Pod jednym warunkiem - mamy odbierać telefony.
Kocham dzisiejszy dzień, za to, że zgoda zapadła, ale również za fakt, że L. i T. wróciły dzisiaj do domu. Święty spokój bardzo mocno.
Czemu? A temu, że z racji tego, że jedzie z nami S. i mieli po nas przyjechać rodzice. I bardziej niż sceptycznie podeszli do informacji, że ostatni koncert kończy się o godzinie 23.
Na szczęście ku chwale S. i M. udało się ich namówić, by odebrali nas po wszystkich koncertach. Pod jednym warunkiem - mamy odbierać telefony.
Kocham dzisiejszy dzień, za to, że zgoda zapadła, ale również za fakt, że L. i T. wróciły dzisiaj do domu. Święty spokój bardzo mocno.
wtorek, 21 lipca 2015
#4
Dwa dni wolnego z rzędu się zapowiadają. Cud? Jak najbardziej.
Plany, plany, plany...Niby wolne, ale dni od rana do wieczora zaplanowane. Sobota nawet względnie spontanicznie. A to wszystko za sprawą M., który rzucił propozycją prawie-nie-do-odrzucenia.
Także w piątek maraton piesy-kręgielnia, a w sobotę koncert. I to w jakim towarzystwie! S. powiedziała, że nie odpuści line-upu, zobaczę Grzyby, bo występują jako pierwszy support. Żyć, i nie żałować niczego.
Skoro już nie mam czego żałować, pora na małe zmiany. Dobre, bo zielone. I nie mówię tutaj o zmianie nawyków żywieniowych na bezmięsne. Otóż, strzeliłam sobie zielone pasmo włosów. Które, niestety przez moją niechęć do rozjaśniania, są ciemnozielone i ciężko je wychwycić w stosunku do naturalnych..
Pada. Pewnie widzą to wszyscy i komentują fakt, że również mają okna..Ale czymże jest lato bez deszczu? Tyle możliwości na deszczowe wieczory...
...w tym początki przygotowań do soboty. Będzie głośno.
Plany, plany, plany...Niby wolne, ale dni od rana do wieczora zaplanowane. Sobota nawet względnie spontanicznie. A to wszystko za sprawą M., który rzucił propozycją prawie-nie-do-odrzucenia.
Także w piątek maraton piesy-kręgielnia, a w sobotę koncert. I to w jakim towarzystwie! S. powiedziała, że nie odpuści line-upu, zobaczę Grzyby, bo występują jako pierwszy support. Żyć, i nie żałować niczego.
Skoro już nie mam czego żałować, pora na małe zmiany. Dobre, bo zielone. I nie mówię tutaj o zmianie nawyków żywieniowych na bezmięsne. Otóż, strzeliłam sobie zielone pasmo włosów. Które, niestety przez moją niechęć do rozjaśniania, są ciemnozielone i ciężko je wychwycić w stosunku do naturalnych..
Pada. Pewnie widzą to wszyscy i komentują fakt, że również mają okna..Ale czymże jest lato bez deszczu? Tyle możliwości na deszczowe wieczory...
...w tym początki przygotowań do soboty. Będzie głośno.
poniedziałek, 13 lipca 2015
#3
Dzień wolny od pracy jest jak woda na pustyni. Bardziej niż potrzebny.
Wróciłam dzisiaj do książek, od których miałam parę lat przerwy, zakupiłam też "Czerwoną Królową"...Historia dynastii Tudorów bardzo.
Trasa...Dzisiaj nabrzeże, a w drodze powrotnej korek, bo zderzenie osobówki z tirem..Ciała nie zabrano do tej pory, pierwszy raz widziałam coś takiego. Ale dość o tragediach.
Znalazłam dzisiaj w miejscowej księgarni (w której to panie ekspedientki zawsze są uśmiechnięte i potrafią doradzić) dwa znakomite zbiory tomów ze Star Wars..chyba czas naciągnąć tatę na zakupy. Nie ma litości.
A na koniec, parę pociesznych twarzy.
Wróciłam dzisiaj do książek, od których miałam parę lat przerwy, zakupiłam też "Czerwoną Królową"...Historia dynastii Tudorów bardzo.
Trasa...Dzisiaj nabrzeże, a w drodze powrotnej korek, bo zderzenie osobówki z tirem..Ciała nie zabrano do tej pory, pierwszy raz widziałam coś takiego. Ale dość o tragediach.
Znalazłam dzisiaj w miejscowej księgarni (w której to panie ekspedientki zawsze są uśmiechnięte i potrafią doradzić) dwa znakomite zbiory tomów ze Star Wars..chyba czas naciągnąć tatę na zakupy. Nie ma litości.
A na koniec, parę pociesznych twarzy.
poniedziałek, 6 lipca 2015
#2
Dzień wolny od pracy, niby nic takiego, a jak cieszy.
Chyba, że dowiadujesz się, że zamiast odłożyć więcej pieniędzy z pensji na prawo jazdy, musisz kupić nowy czytnik e-booków, bo staremu zachciało się mieć pajęczynę na ekranie (firmo GoClever, zainwestuj w twardsze szkło na ekranach!).
Dzień z dala od pracy, a zatem masa rzeczy do zrobienia. Wyjazdy, zakupy, wizyty u lekarzy, składanie papierów, robienie porządków i załatwianie spraw niedokończonych. W biegu przeczytanych kilka stron/rozdziałów książki. No i oczywiście, to wszystko w towarzystwie muzyki w słuchawkach.
Właśnie, skoro jestem już przy temacie muzyki...
Szukam ostatnio wykonawców, którzy odświerzą moją codzienną playlistę. Pomijając Misfits i Judas Priest, nie znalazłam na razie niczego, co by mnie satysfakcjonowało (pomijam klasyki takie jak Iron Maiden, Metallica czy AC/DC, które są klasą samą w sobie i bez nich moja playlista byłaby bez sensu). Pytanie zatem do Was, co polecacie? Zwłaszcza na tak ciepłe dni?
Chyba, że dowiadujesz się, że zamiast odłożyć więcej pieniędzy z pensji na prawo jazdy, musisz kupić nowy czytnik e-booków, bo staremu zachciało się mieć pajęczynę na ekranie (firmo GoClever, zainwestuj w twardsze szkło na ekranach!).
Dzień z dala od pracy, a zatem masa rzeczy do zrobienia. Wyjazdy, zakupy, wizyty u lekarzy, składanie papierów, robienie porządków i załatwianie spraw niedokończonych. W biegu przeczytanych kilka stron/rozdziałów książki. No i oczywiście, to wszystko w towarzystwie muzyki w słuchawkach.
Właśnie, skoro jestem już przy temacie muzyki...
Szukam ostatnio wykonawców, którzy odświerzą moją codzienną playlistę. Pomijając Misfits i Judas Priest, nie znalazłam na razie niczego, co by mnie satysfakcjonowało (pomijam klasyki takie jak Iron Maiden, Metallica czy AC/DC, które są klasą samą w sobie i bez nich moja playlista byłaby bez sensu). Pytanie zatem do Was, co polecacie? Zwłaszcza na tak ciepłe dni?
sobota, 4 lipca 2015
#1
Tak, kolejny blog...Tyle, że nie jest on wyzwaniem na miarę "Make the RIOT", nie jest również opowiadaniem, zbiorem tłumaczeń czy recenzji..
Tym razem, jest to coś, o czym myślałam, by zrobić od jakiegoś czasu.
Pomijając fakt, że ZNOWU zaczynam pisać (pewnie niektóre osoby będą się burzyć, iż znów publikuję historie z życia...), cieszę się, że są już wakacje. Nawet jeśli oznacza to pełen etat w pracy.
To pierwszy post, dlatego chciałabym, by był szczególny. I taki będzie.
Równo rok temu, 4 lipca 2014 roku, miał miejsce jeden z tych dni, których się nie zapomina do końca życia. Pierwszy festiwal muzyczny, na dodatek spędzony w naprawdę zacnym gronie ludzi. Rok temu po raz pierwszy na żywo zobaczyłam Helen (moja mała, czy widzisz, jak ten rok szybko zleciał?), po raz pierwszy byłam na tak wielu koncertach jednego dnia, widziałam jednego z ulubionych wykonawców (Jacku White, masz wrócić z trasą po Polsce, obiecałeś!), wróciłam o nierozsądnej godzinie do domu, z wiedzą, że nie będę spać, bo dwie godziny po powrocie trzeba było ruszyć się do pracy...
Rok - niby nic, 365 dni, ale wspomnienia z tamtego dnia są bardzo żywe. Uzupełniają je pamiątki, które dumnie prezentują się na honorowym miejscu w biblioteczce. O tamtym dniu przypomina również żar lejący się z nieba - chociaż wtedy było nieco chłodniej niż dzisiaj...
W tym roku omija mnie Opener Festival. Dlaczego? Cóż, mimo dość eklektycznego line-upu, nie porywa mnie na tyle, by się wybrać. Może za rok, kiedy przyjadą zespoły/wykonawcy, do których ciągnie moja muzyczna dusza. Tymczasem, pora relaksu przed pracą się zbliża, czas, by wyzbyć się negatywnych emocji.
"Well, if you give up, you get what you deserve"
Tym razem, jest to coś, o czym myślałam, by zrobić od jakiegoś czasu.
Pomijając fakt, że ZNOWU zaczynam pisać (pewnie niektóre osoby będą się burzyć, iż znów publikuję historie z życia...), cieszę się, że są już wakacje. Nawet jeśli oznacza to pełen etat w pracy.
To pierwszy post, dlatego chciałabym, by był szczególny. I taki będzie.
Równo rok temu, 4 lipca 2014 roku, miał miejsce jeden z tych dni, których się nie zapomina do końca życia. Pierwszy festiwal muzyczny, na dodatek spędzony w naprawdę zacnym gronie ludzi. Rok temu po raz pierwszy na żywo zobaczyłam Helen (moja mała, czy widzisz, jak ten rok szybko zleciał?), po raz pierwszy byłam na tak wielu koncertach jednego dnia, widziałam jednego z ulubionych wykonawców (Jacku White, masz wrócić z trasą po Polsce, obiecałeś!), wróciłam o nierozsądnej godzinie do domu, z wiedzą, że nie będę spać, bo dwie godziny po powrocie trzeba było ruszyć się do pracy...
Rok - niby nic, 365 dni, ale wspomnienia z tamtego dnia są bardzo żywe. Uzupełniają je pamiątki, które dumnie prezentują się na honorowym miejscu w biblioteczce. O tamtym dniu przypomina również żar lejący się z nieba - chociaż wtedy było nieco chłodniej niż dzisiaj...
W tym roku omija mnie Opener Festival. Dlaczego? Cóż, mimo dość eklektycznego line-upu, nie porywa mnie na tyle, by się wybrać. Może za rok, kiedy przyjadą zespoły/wykonawcy, do których ciągnie moja muzyczna dusza. Tymczasem, pora relaksu przed pracą się zbliża, czas, by wyzbyć się negatywnych emocji.
"Well, if you give up, you get what you deserve"
Subskrybuj:
Posty (Atom)

