Tak, kolejny blog...Tyle, że nie jest on wyzwaniem na miarę "Make the RIOT", nie jest również opowiadaniem, zbiorem tłumaczeń czy recenzji..
Tym razem, jest to coś, o czym myślałam, by zrobić od jakiegoś czasu.
Pomijając fakt, że ZNOWU zaczynam pisać (pewnie niektóre osoby będą się burzyć, iż znów publikuję historie z życia...), cieszę się, że są już wakacje. Nawet jeśli oznacza to pełen etat w pracy.
To pierwszy post, dlatego chciałabym, by był szczególny. I taki będzie.
Równo rok temu, 4 lipca 2014 roku, miał miejsce jeden z tych dni, których się nie zapomina do końca życia. Pierwszy festiwal muzyczny, na dodatek spędzony w naprawdę zacnym gronie ludzi. Rok temu po raz pierwszy na żywo zobaczyłam Helen (moja mała, czy widzisz, jak ten rok szybko zleciał?), po raz pierwszy byłam na tak wielu koncertach jednego dnia, widziałam jednego z ulubionych wykonawców (Jacku White, masz wrócić z trasą po Polsce, obiecałeś!), wróciłam o nierozsądnej godzinie do domu, z wiedzą, że nie będę spać, bo dwie godziny po powrocie trzeba było ruszyć się do pracy...
Rok - niby nic, 365 dni, ale wspomnienia z tamtego dnia są bardzo żywe. Uzupełniają je pamiątki, które dumnie prezentują się na honorowym miejscu w biblioteczce. O tamtym dniu przypomina również żar lejący się z nieba - chociaż wtedy było nieco chłodniej niż dzisiaj...
W tym roku omija mnie Opener Festival. Dlaczego? Cóż, mimo dość eklektycznego line-upu, nie porywa mnie na tyle, by się wybrać. Może za rok, kiedy przyjadą zespoły/wykonawcy, do których ciągnie moja muzyczna dusza. Tymczasem, pora relaksu przed pracą się zbliża, czas, by wyzbyć się negatywnych emocji.
"Well, if you give up, you get what you deserve"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz